
Nasze niezapomniane chwile POZNAŃ
W dniach od 3 do 5 lipca b.r. osoby niepełnosprawne wraz z rodzinami i wolontariuszami Stowarzyszenia „Cyrenejczyk” wybrali się, jak to w ostatnich latach było praktykowane na wakacyjną wycieczkę. Po Warszawie i Wrocławiu przyszła pora na Poznań. Jak było tym razem? Po polsku! Bardzo po polsku: po małopolsku, po wielkopolsku, po staropolsku …
Po kilkugodzinnej podróży autokarem i podziwianiu zza okien nizinnych krajobrazów stanęliśmy na poznańskim Starym Rynku. Tam rozpoczęliśmy spacer z przewodnikiem. Już na samym początku starsi chętnie się co do tego zgodzili, a młodzi przy okazji dowiedzieli, skąd wziął się drut; na wypadek gdyby ktoś z uczestników nie był do końca zorientowany, przypomnę, że to Poznaniak i Krakus ciągnęli między sobą złotówkę.
Wchodząc na Poznański Stary Rynek od razu zauważamy, że jest mniejszy niż ten krakowski. Wzrok przyciągają urocze, drobne, kolorowe kamieniczki z kupiecką historią, oczywiście skromniejsze niż te krakowskie. Na każdym z rogów centralnego miejskiego placu szemrze fontanna, a w centralnej jego części wznosi się okazały renesansowy ratusz. (Tak na marginesie krakowskie Sukiennice też są renesansowe.) Na jednej z wieżyczek ratusza,tuż nad zegarem znajdują się słynne poznańskie koziołki, które się bodą. Poznaniacy pozazdrościli Krakowianom również hejnału i mają swój – grany na trąbce z tarasu pod wieżą ratusza.Koziołki i hejnał można podziwiać tylko raz na dobę – w samo południe. (Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że przemawia za tym poznańska oszczędność😊) Trzeba mieć więc szczęście, żeby się załapać. My oczywiście mieliśmy!
Po spacerze po Rynku przyszedł czas na sztukę przez wielkie „S” – wystawę stałą w Galerii Malarstwa i Rzeźby Muzeum Narodowego w Poznaniu. Nie wiem jak to możliwe, że małopolscy artyści są na niej lepiej reprezentowani niż w samej stolicy Małopolski. Zbiory dzieł Wyspiańskiego, Mehoffera, Malczewskiego, Boznańskiej, a nawet Witkacego są naprawdę imponujące. W galerii znajdziemy nie tylko malarstwo z okresu Młodej Polski, które może się podobać lub nie, ale również obszerne zbiory malarstwa i instalacji sztuki współczesnej, która niewątpliwie zdumiewa i takie jest chyba jej główne zadanie.
W drugi dzień podróży zagłębialiśmy się nie tyle w historię Wielkopolski, co w początki Państwa Polskiego w ogóle, a nawet czasy jeszcze dawniejsze. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od stanowiska archeologicznego w Biskupinie, które reprezentuje kulturę łużycką datowaną na okres od XIV – do V wieku p.n.e., a której przynależności etnicznej jednoznacznie określić się nie da. Badania pokazują, że 50% użytych do budowy grodu biskupińskiego drzew dębowych ścięto w 748 roku p.n.e. Warto w tym miejscu przypomnieć, że najstarsze grody Polan i Wiślan wznoszone były w VII i VIII wieku n.e.
W następnej kolejności odwiedziliśmy miasto na siedmiu wzgórzach, najstarszą stolicę Polski, a po dziś dzień siedzibę Prymasa Polski – Gniezno. W Katedrze w Gnieźnie – miejscu koronacji pierwszych polskich królów – pokłoniliśmy się nisko, niczym Otton III, przy grobie pierwszego słowiańskiego świętego (nie polskiego, bo był Czechem) – świętego Wojciecha. Kontemplując unikatowy zabytek romańskiej sztuki odlewniczej – spiżowe Drzwi Gnieźnieńskie, wykonane w XII w. za panowania Mieszka III Starego, przypomnieliśmy sobie historię życia świętego Wojciecha, który wraz ze św. Stanisławem biskupem jest patronem Polski.
Co ciekawe, sztuczna inteligencja mi podpowiada, że jest również „patronem duchowej jedności Europy”. Tak jakoś lżej się na sercu robi, gdy jest się do kogo modlić obserwując, jak Europa pogrąża się w duchowym chaosie. Tak więc nadzieja w świętym Wojciechu! Pod warunkiem, że się Go o to poprosi😊
Wracając jeszcze do tematu Drzwi Gnieźnieńskich, mieliśmy okazję nie tylko je podziwiać, ale również przez nie przejść. Zostały bowiem, pomimo ich słusznej masy (źródła nie podają ile, ale pani przewodniczka mówiła, że pomiędzy 1,5, a 2 tony)wyjątkowo dla naszej grupy otwarte i zamknięte, co się czyni tylko w wyjątkowych sytuacjach.
Po dniach pełnych wrażeń nocowaliśmy w Kórniku (spokojnie, tym przez „ó”, nie „u”), gdzie, pomimo że tego samego dnia zwiedziliśmy jeszcze kórnicki Zamek i uczestniczyliśmy w pierwszopiątkowej mszy św., wcale nie poszliśmy spać z kurami, ale cieszyliśmy się wzajemnie swoim towarzystwem do późnych godzin wieczornych w hotelowej restauracji.
Wyjazd zakończyliśmy, jak na urlop przystało, wypoczynkiem pod palmami. Odwiedziliśmy poznańską palmiarnię (szczyt wielkopolskiej rozrzutności). Mogliśmy tam nasycić nasze oczy egzotyczną zielenią, płuca tlenem, a głowy wiedzą przyziemną; ot, na jakich to roślinkach wyrastają z ziemi dobra, bez których nie wyobrażamy sobie naszej codzienności, jak na przykład: banany, wanilia, ananas, bawełna czy kawa.
Na sam koniec było jeszcze bardziej przyziemnie. Udaliśmy się do Muzeum Pyry, czyli po naszemu ziemniaka, które to mieściło się oczywiście w podziemiu, bez windy! (Co oczywiście nie było bez znaczenia dla naszej grupy.) Ekspozycja i opowieści były na szczęście tego warte, a ziemniaki, które sami przyprawiliśmy, bardzo smaczne.
Dla osób ciekawych doznań kulinarnych było na tym wyjeździe znacznie więcej atrakcji. Ciekawi smaków mieli okazje skosztować również: tradycyjne rogale świętomarcińskie, pyry z gzikiem (czyli gorące ziemniaki podawane z zimnym twarożkiem – cudowna kompozycja dla osób ceniących kontrasty na talerzu i proste smaki), kaczkę po wielkopolsku, jak również bardziej postępowego „pyzoburgera” (kluska na parze z kapustą czerwoną na ciepło i wieprzowiną szarpaną podana w formie burgera). Ta ostatnia kompozycja znalazła uznanie szczególnie wśród przedstawicieli młodszego pokolenia.
Podsumowując trudno rozstrzygnąć, ile Małopolski znajdziemy w Wielkopolsce. Chyba po prostu cenimy te same wartości. Było po prostu po Polsku! Chociaż nie do końca. Na pewno na całej wycieczce nie było ani jednego słowapolskiego narzekania. I jak tu nie kochać wyjazdów z Cyrenejczykiem?!
😊Danuta
Wasze wrażenia
Wycieczka do Poznania była naprawdę super! Program był dość intensywny, ale dzięki temu zobaczyliśmy mnóstwo ciekawych miejsc i ani przez chwilę nie było nudno. Oprócz zwiedzania były też fajne warsztaty. Do domu wróciliśmy wieczorem, zmęczeni, ale bardzo zadowoleni. Podsumowując było świetnie! Dużo zobaczyliśmy, jedzenie było dobre, ogółem super. Mamy nadzieję, że jeszcze kiedyś uda się wspólnie gdzieś pojechać.
Jadzia 🙂
Od kilku lat wraz z żoną jesteśmy wolontariuszami w Stowarzyszeniu. Tym razem również byliśmy na wspólnym wyjeździe. Ten czas to były dla nas wspaniałe i niezapominanie chwile. Wspólne przeżywanie przygód, budowanie relacji, tworzenie wspomnień. To uczucie, że jest się potrzebnym, że można uczynić czyjś dzień lepszym. To prawdziwa radość – taka która zostaje na długo w sercach.
Jedna z naszych uczestniczek – Madzia – tak wspomina wspólny wyjazd:
„Najbardziej podobała mi się atmosfera uczestników 'Cyrenejczyk’, cudowni wolontariusze, którzy mówią, że nigdy się nie męczą. Podobał mi się Biskupin – osada, powrót do początków życia człowieka na tej ziemi, danej nam przez Boga. Jeszcze poznańska palmiarnia zrobiła na mnie cudowne wrażenie. Piękne miasto Poznań – Stare Miasto urzeka.”
Michał i Gosia 🙂
Cała wycieczka przebiegła bardzo sympatycznie, dostarczyła wielu fajnych wrażeń oraz możliwości zobaczenia miasta z innego regionu Polski. Z pewnością zapisze się na długo w pamięci wszystkim uczestnikom.
Karol 🙂
Poznań – niezapomniany wyjazd – trzy dni pełne śmiechu, przygód i wspólnego odkrywania historii. Zabawa w najlepszym towarzystwie, bez pośpiechu, bez stresu i masa pozytywnych emocji. Oprócz zwiedzania mogliśmy spędzaliśmy razem wieczory rozmawiając i śmiejąc się do łez. Podczas tego wyjazdu, każda drobna pomoc – podanie ręki czy pchanie wózka – zbliżała ludzi do siebie. Uśmiech osoby, której się pomogło, wdzięczność w oczach, czy szczera radość z przeżywanej chwili to coś, czego nie da się porównać z żadną nagrodą. Właśnie takie momenty sprawiają, że pomaganie staje się czymś naturalnym i pięknym i jest prawdziwą przyjemnością. Po raz kolejny udowodniliśmy że nie ma dla nas przeszkód nie do pokonanie.
Ala 🙂